"PŁOMYK"
autor: Waldemar Wacławek

Zapalił się w lesie. Przejeżdżał tędy kulig z pochodniami. Sypały się wesoło iskry na lewo i prawo, gasnąc w zaspach śnieżnych. Tylko kilka iskier upadło na sosnową gałązkę i z nich powstał on - płomyk.

Powolutku pełzł po gałązce czasem oglądając się za siebie, lecz nie mógł się cofnąć - po jego przejściu pozostawał popiół. Im wyżej szedł, tym był większy. Przeniósł się na grubszą gałązkę, bo poprzedniej już nie było. Posuwał się coraz szybciej. Ogarnął sobą całe drzewo i wspiął po nim wysoko, aż na czubek, skąd zaczął wyciągać ramiona do gwiazd. Gwiazdy były jednak zbyt daleko i pewnie nawet nie dostrzegały płomyka. A był już tak duży, że stał się ogniem.

Odwrócił się od gwiazd i przeskoczył na następne drzewo. Skacząc z jednej sosny na drugą rósł coraz bardziej. To już nie ogień to pożar. Zwierzęta gwałtownie wyrwane ze snu umykały przed siebie potrącając się i potykając. Zrozpaczone ptaki - poderwane nagle do lotu - z powietrza patrzyły, jak niknie w huczącym żywiole drzewo, na którym miały swoje gniazda.

Pożarowi, będącemu do niedawna płomykiem spodobała się ta zabawa. Rozpoczął wyścigi z uciekającymi przed nim zwierzętami i strącał z powietrza mniej ostrożne ptaki. Mniejsze zwierzęta szybko doganiał - a za nim był tylko popiół.

Z oddali dobiegał go łomot siekier i zgrzyt padających drzew. Zaciekawiony ruszył
w tamtą stronę. Nagle zatrzymał się na brzegu przesieki i zdumiony zobaczył,
że nie może już sięgnąć drzew z drugiej strony. Spróbował pełznąć po ziemi,
ale zgromadzeni ludzie nie dawali mu przejść. Ciskał się na nich chcąc ukarać za tą pułapkę, jaką na niego zastawili. Był jednak coraz słabszy. Brakowało mu sił. Stawał się coraz mniejszy.

Już nie był groźnym pożarem, lecz rozrzuconym bezładnie ogniskiem. Pożywienia brakowało nawet dla ognia - podzielił się więc na płomienie. Wokół nie było widać nic prócz osmolonych, dymiących pni drzew. Wreszcie został ostatni płomyk, niewiele większy niż był, gdy się zapalił kilka kilometrów stąd. Pełgał na zwęglonym kikucie sosny szukając dla siebie ratunku. Ostatkiem sił zdążył przeskoczyć na patyczek leżący tuż obok.

Patyczek ten wzięła do ręki mała dziewczynka i przyglądając się płomykowi zawieszonemu na jego końcu powiedziała do stojącego obok mężczyzny; - Patrz dziadku jaki jest teraz malutki, a jeszcze niedawno mógł spalić cały las i nasz dom. Leśniczy spojrzał na wnuczkę; - Tak dziecko - powiedział - ogień to groźny żywioł. - Dziadku, ale dlaczego tak jest, że ten sam ogień, któremu lubimy się przyglądać, gdy w kominku skacze z polana na polano, lub gdy w kuchni gotuje nam obiad, potrafi wyrządzić tyle zła? Potrafi budzić taki strach? - Widzisz, każda rzecz na świecie ma swoje miejsce. Ogień jest nam potrzebny w kuchni i w kominku, ale gdy się znajdzie w lesie z przyjaciela staje się naszym wrogiem.

Zamyślona dziewczynka spojrzała jeszcze raz na płomień i zdmuchnęła go.

© Waldemar Wacławek

Kopiowanie i rozpowszechnianie w jakiejkolwiek formie utworów zgromadzonych w serwisie Bajkowice.pl bez zgody ich autorów jest zabronione. (Podstawa prawna: Ustawa z dn. 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych) Wszelkie prawa do powyższego utworu są własnością jego autora.

 
 
O Bajkowicach | O dojrzewaniu bajek | Oryginalne bajki | O gospodarzach | Recenzje | Kontakt